×

Popularne posty

Fit girl | Jak wygląda moje śniadanie

11 stycznia 2017 41
Fit girl | Jak wygląda moje śniadanie
Od jakiegoś czasu obserwuję, że na moim profilu na Instagramie największą popularnością cieszą się zdjęcia przedstawiające moje zdrowe śniadanka. Pomyślałam więc, że najwyższa pora przygotować post na ten temat.


Nie od dziś wiadomo, że śniadanie to najważniejszy posiłek, który ma dodać nam energii na cały dzień. Nie ma mowy żebym bez niego ruszyła się z domu. Kiedyś wyglądało ono u mnie tak, że chwytałam pierwszą lepszą bułę, smarowałam masłem, kładłam plasterek sera lub wędliny i wybiegałam z domu. Teraz śniadanie jest dla mnie momentem, który celebruję. Staram się wstać kilka minut wcześniej, żeby na spokojnie przygotować sobie coś smacznego oraz pożywnego, a potem zjeść to bez pośpiechu.

Odkąd zaczęłam zwracać większą uwagę na to co jem, słodkie bułki i inne tego rodzaju produkty poszły w odstawkę. Najczęściej więc rano serwuję sobie owsiankę lub omlet. Zawsze zastanawiałam się jak można przez cały czas jeść to samo. Okazuje się, że można, bo w zależności od tego jakie dodatki danego dnia wybierzemy, owsianka będzie smakować zupełnie inaczej. Ja najbardziej lubię łączyć ją z owocami, ziarnami i orzechami. Dzięki temu każdego dnia mam na śniadanie zupełnie inną miseczkę wspaniałości :)


Czasami przychodzi jednak taki moment, że mam ochotę na coś innego niż owsianka, albo po prostu, jak sierota zapomnę kupić płatków owsianych. Wtedy na moim talerzu zazwyczaj ląduje omlet. Raz bardziej wytrawny, z suszonymi pomidorami i ziołami, innym razem na słodko, z owocami. Największe zainteresowanie na Instagramie wywołał mój omlet bananowy.


Jest niesamowicie pyszny, a przy tym banalnie prosty w wykonaniu. Do jego zrobienie potrzebujemy jedynie 2 jajek i 1 banana. Jajka miksujemy z bananem i wylewamy na patelnię. Smażymy na oleju kokosowym z obu stron. Pyszne i zdrowe, a przy okazji zaspokaja ochotę na słodycze, bo jest też nieziemsko słodki :)

Pokazałam wam tylko kilka zdjęć moich śniadań. Zdecydowanie więcej znajdziecie ich na moim Instagramie. Serdecznie więc zapraszam do obserwacji :)

Jestem bardzo ciekawa jakie jest wasze podejście do śniadania. Pamiętacie o tym, żeby zjeść je codziennie, czy jednak nie przywiązujecie do niego zbyt dużej wagi? Co najczęściej zjadacie rano?
41

Aktywne serum na porost włosów Babuszki Agafii

8 stycznia 2017 47
Aktywne serum na porost włosów Babuszki Agafii
Jesień i zima to czas kiedy wiele z nas zmaga się z osłabieniem organizmu i  problemem nadmiernego wypadania włosów. Niestety także i mnie co roku to dopada. Włosy w tym okresie lecą w zastraszającym tempie. Próbowałam różnych ziółek, suplementów diety, nawet tak chwalony przez wszystkich Jantar nie przyniósł oczekiwanych rezultatów. Nie raz byłam gotowa wywiesić białą flagę i po prostu odpuścić. Skoro i tak nic nie pomaga to po co się męczyć? I właśnie w takim kryzysowym momencie wpadło mi w ręce serum na porost włosów Babuszki Agafii. Kosmetyki rosyjskie bardzo sobie cenię, bo kilka z nich miałam okazję wypróbować i praktycznie wszystkie pozostawiały po sobie dobre wrażenie. Nie zdziwi więc chyba nikogo, że miałam wobec tego specyfiku spore oczekiwania ale też pokładałam w nim wielkie nadzieje. Jak sobie poradził? Zaraz wszystkiego się dowiecie.

Od producenta:

 Aktywne serum ziołowe na porost włosów zawiera w swoim składzie kompleks ekstraktów i olejów z roślin stymulujących pobudzenie wzrostu - prawoślaz, cytryniec chiński, żeń-szeń, melisa, korzeń łopianu, pokrzywa, kotki brzozowe oraz prowitaminę B5, kompleks drożdży piwnych, papryczkę chili i Climabazol.

Składniki aktywne:

- Prawoślaz (Althaea Officinalis Extract) - bogaty w substancje o charakterze nawilżającym działa osłaniająco, zmiękczająco, pozwala utrzymać prawidłowe nawilżenie.
- Cytryniec chiński (Shizandra Chinensis Officinalis Oil) - działanie tonizujące i wzmacniające.
- Żeń-szeń (Panax Ginseng Extract) - zapobiega łysieniu i wypadaniu włosów, posiada działanie regenerujące.
- Melisa (Mellissa Officinalis Leaf Oil) - intensywnie odżywia i tonizuje skórę, nadając jej zdrowy wygląd.
- Łopian (Arctium Lappa roqt Extract) - przeciwdziała wypadaniu włosów, łupieżowi, ma działanie antyseptyczne, oczyszczające, ograniczające łojotok, kojące. Działa tonizująco na skórę głowy.
- Pokrzywa (Urtica Dioica Extract) - wzmacnia włosy, przeciwdziała ich przetłuszczaniu i wypadaniu, zapobiega łupieżowi.
- Ekstrakt z kotków brzozowych (Betula Alba Extract) - nadaje włosom blask, zapobiega wypadaniu, poprawia ukrwienie skóry głowy co skutkuje dotlenieniem i odżywieniem cebulek włosowych.
- Drożdże piwne (Yeast Extract) - poprawiają strukturę włosa, wzmacniają, przyśpieszają wzrost. Kompleks drożdży piwnych zawiera proteiny (źródło energii), witaminy grupy B, wszystkie podstawowe aminokwasy. Zapewnia kompleksowe działanie odżywcze.
- Papryka ostra (Capsicum Annuum Fruit Extract) - jest dobrym środkiem na porost włosów, powoduje łagodne podrażnienie, zaczerwienienie skóry i uczucie ciepła. Jest to naturalny środek który ma zdolność do rozszerzania naczyń krwionośnych, w wyniku czego stymuluje uwalnianie histaminy która stymuluje podział komórek i wzrost nowych. Wysoka zawartość witaminy A, witaminy C i innych składników odżywczych, zawartych w papryce pomaga odżywiać i chronić komórki u nasady włosów, aktywizuje mikrokrążenie, co poprawia transport odżywczych substancji bezpośrednio do korzeni włosów.
- Climbazol - hamuje rozwój Pityrosporum ovale - grzybków powodujących wykształcenie łupieżu, zapobiega ich powstawaniu
- Prowitamina B5 - stymuluje przemianę materii, aktywizuje regenerację komórek skóry.

Bez spłukiwania. Stosować 2-3 razy w tygodniu przez 2-3 miesiące.


Cena: ok. 20 zł/ 150 ml

Moja opinia:

Zacznę od kwestii typowo technicznych. Kosmetyk umieszczony jest w buteleczce ze spryskiwaczem. Byłaby to bardzo dobra forma aplikacji gdyby nie fakt, że mój atomizer nie działa. Najzwyczajniej w świecie odmówił mi posłuszeństwa i się zaciął. Nie powstrzymało mnie to jednak przed wypróbowaniem serum. Przelałam je do buteleczki z pipetą i w ten sposób go używałam.
Produkt ma postać płynu o lekko brązowym zabarwieniu. Jest bardzo rzadki (właściwie jak woda), ale nie sprawia to większych problemów przy aplikacji. Nakładałam go pipetą na skórę głowy po umyciu i delikatnie wmasowywałam. 


Efekty? To pewnie ich jesteście najbardziej ciekawe więc nie trzymam was więcej w niepewności. 
Będę wychwalać serum Agafii pod niebiosa bo faktycznie działa. Już po ok. 2-3 tygodniach regularnego stosowania zauważyłam znaczącą poprawę. Włosy przestały lecieć na potęgę. Po umyciu już nie wyciągałam garści kosmyków z brodzika, jak to miało miejsce wcześniej. W kolejnych tygodniach stosowania efekty były jeszcze lepsze. Zakola, które były moją zmorą w końcu się zagęściły. Pojawiła się cała masa wystających baby hair. 

Nie mierzę długości swoich włosów ale wydaje mi się, że serum miało wpływ również na ich wzrost. Niedawno podcięłam końcówki i to dosyć znacznie, a wczoraj zauważyłam że włosy mają taką samą długość jak przed spotkaniem z nożyczkami. Biorąc pod uwagę że moje falowańce rosną dosyć wolno to jest to zjawisko niesłychane, ale za to jak cieszy :)

Podsumowując: z nadmiernym wypadanie włosów w okresie jesień - zima zmagam się od dawna. Dotychczas żadne testowane przeze mnie specyfiki nie dawały większych efektów. Serum Babuszki Agafii okazało się strzałem w 10. Jest lekkie, nie przetłuszcza ani nie obciąża włosów, a może pochwalić się naprawdę świetnym działaniem. W końcu chodząc po domu nie natykam się wszędzie na swoje kosmyki leżące na podłodze. Bez wątpienia to cudo zostanie już ze mną na zawsze.
Jeżeli tak jak ja dotychczas bezskutecznie walczyłyście z wypadaniem włosów to gorąco wam ten produkt polecam.
47

"Jedz pysznie bez pszenicy" Magdalena Makarowska | recenzja książki

6 stycznia 2017 44
"Jedz pysznie bez pszenicy" Magdalena Makarowska | recenzja książki
Przymroziło nas trochę. Nie wiem jak u was ale u mnie dziś rano termometr wskazał -24 stopnie. Na szczęście nie muszę wychodzić z domu i doświadczać na własnej skórze jak bardzo jest zimno. Przy takiej pogodzie najlepszym rozwiązaniem jest dla mnie zakopanie się pod kocem z kubkiem gorącej herbaty i ciekawą książką. 


Przed samymi świętami od wydawnictwa Feeria otrzymałam książkę "Jedz pysznie bez pszenicy". Wbrew pozorom pozycja ta nie jest skierowana tylko do osób cierpiących na nietolerancję glutenu ale do wszystkich, którzy chcą cieszyć się  zdrowiem dzięki rozsądnym i świadomym wyborom żywieniowym.

Autorka książki - Magdalena Makarowska - jest dietetyczką, która na podstawie doświadczeń z własnymi pacjentami podpowiada jak zdrowo schudnąć, nie rezygnując przy okazji z pysznego jedzenia.


Nie jestem ani bezglutenowcem, ani osobą zmagającą się ze zbędnymi kilogramami a mimo to nie mogłam się od tej książki oderwać. Podzielona jest ona na 10 rozdziałów, w których oprócz ogólnych zasad diety bezglutenowej znajdziemy ogrom informacji na temat produktów które warto wprowadzić do swojego menu, właściwości niektórych olejów, nasion, owoców oraz spis konserwantów i ulepszaczy dodawanych do żywności, których powinniśmy unikać. Dodatkowo w książce znajdziecie całe mnóstwo przepisów na napoje oczyszczające i wzmacniające, domowe pieczywo i wędliny a także przykładową 8-tygodniową dietę bezglutenową.


Przyznam się wam, że nie miałam pojęcia że dieta bez pszenicy może być tak różnorodna. Czytając przepisy zawarte w książce sama nabrałam ochoty żeby je wypróbować i z pewnością niebawem tak zrobię.

Książka Magdaleny Makarowskiej okazała się dla mnie prawdziwym odkryciem. Od jakiegoś czasu interesuję się zdrowym odżywianiem i na co dzień coraz większą uwagę zwracam na to, co ląduje na moim talerzu. Lektura tej książki pozwoliła mi znacząco poszerzać moją wiedzę w tym zakresie, a przede wszystkim stała się rozwiązaniem kilku moich problemów. Dzięki niej dowiedziałam się między innymi dlaczego po niektórych posiłkach nie czuję się dobrze i jakich produktów powinnam unikać. Wprowadziłem te zasady w życie i faktycznie poprawa jest już widoczna.


Jeżeli więc wasze zdrowie jest dla was ważne, chcecie dokonywać świadomych zakupów żywnościowych to koniecznie sięgnijcie po tą książkę. Jest ona napisana prostym, zrozumiałym językiem. Wszystko jest sensownie pogrupowane, a przepisy wzbogacone o zdjęcia, na widok których aż ślinka cieknie. 

Dla mnie stała się prawdziwym kompendium wiedzy, a przede wszystkim jest dowodem na to, że zdrowe może być też smaczne. Trzeba tylko wiedzieć, jak to zrobić ;)
44

Magda gotuje | tradycyjne domowe pączki

4 stycznia 2017 60
Magda gotuje | tradycyjne domowe pączki
Wszyscy mnie dziś pytają czy na pewno kupiłam dobry kalendarz na ten rok :D Tak, mamy środę, 4 stycznia. Nic mi się nie pomyliło. Doskonale wiem, że to jeszcze nie tłusty czwartek. Zaraz wam wyjaśnią skąd więc się wziął na blogu przepis na pączki.
Otóż od kilku lat mamy z babcią taką naszą tradycję, że na Sylwestra robimy nasze własne domowe pączki. Trwa to już bardzo długo, ale niestety w tym roku, ze względu na mój wyjazd do Wrocławia, nasza tradycja została przerwana. Strasznie mi brakowało pączuszków w sylwestrową noc, ale postanowiłyśmy z babcią, że nadrobimy po moim powrocie. I tym sposobem właśnie dzisiaj nadszedł Dzień Pączka :D

Zdaję sobie sprawę, że po świętach część z was zdecydowała się na dietę i ma chwilową awersję do słodyczy, ale pomyślałam, że wstawię ten przepis już teraz. Na Tłusty Czwartek będzie idealny. A może akurat przytrafi się jakaś inna okazja i zdecydujecie się wypróbować go wcześniej.

Składniki:

1 kg mąki
5 dag drożdży
10 dag cukru
0,5 litra mleka
6 żółtek
1 jajko
sól
10 dag margaryny
kieliszek spirytusu
1,5 litra oleju do smażenia


Nadzienie: u mnie bezglutenowa masa makowa Helio oraz masa orzechowa Helio
Do dekoracji: polewy deserowa, mleczna, biała Helio oraz skondensowana skórka pomarańczy Helio

Sposób przygotowania:

Robimy rozczyn z drożdży, 1 łyżki cukru, 20 dag mąki i mleka. Rozczyn gęstością powinien przypominać dobrą śmietanę. Zostawiamy w cieple do wyrośnięcia.

Jajko i żółtka ucieramy z cukrem, dodajemy mąkę, wyrośnięty rozczyn, resztę mleka, sól, alkohol i wyrabiamy ciasto aż będzie gładkie i zacznie odstawać od ręki. Powoli wlewamy rozpuszczoną margarynę i nadal wyrabiamy. Ciasto pozostawiamy do wyrośnięcia.

Nabieramy ciasto i kształtujemy z niego placuszki. Nakładamy na nie wybrane nadzienie, zlepiamy dokładnie i formujemy kulki. Układamy na posypanej mąką deseczce.


W garnku podgrzewamy olej do smażenia pączków. Po nagrzaniu wrzucamy do niego uformowane kulki. Kiedy zarumienią się i wypłyną na wierzch przewracamy, a kiedy będą już rumiane z obu stron możemy je wyjmować. Ja swoje odkładam najpierw na papierowe ręczniki, żeby odsączyć z tłuszczu a dopiero potem zabieram się za dekorację.


Wiem co zaraz usłyszę. Że pączki to tyle kalorii, że tuczące, itp. itd. Owszem tuczące, ale nie jem ich codziennie tylko od wielkiego święta. Właściwie to dwa razy do roku. Kupnych pączków po prostu nie lubię. Większość z nich ciągnie się jak guma i w smaku przypomina podeszwę. Swojskie pączki są za to tak syte, że po zjedzeniu jednego jestem już pełna, także aż tak strasznej krzywdy mojej figurze nie wyrządzą :) Poza tym mam dodatkową motywację, żeby po takich pysznościach zrobić naprawdę konkretny trening kardio ;)
To kto chętny na pączusia? Zapraszam, bo jeszcze cieplutkie :D

60

Podsumowanie grudnia | moje treningi + wyjazd do Wrocławia

3 stycznia 2017 35
Podsumowanie grudnia | moje treningi + wyjazd do Wrocławia
Witam was pierwszym postem w Nowym Roku. Serdecznie dziękuję za wszystkie życzenia, które od was dostałam. Wierzę, że się spełnią :) Z racji tego, że przez kilka ostatnich dni miałam ograniczony dostęp do internetu, sama życzenia złożyłam wam jedynie na Facebooku. Chciałabym jednak zrobić to także tutaj, także życzę wam 365 szczęśliwych dni, 52 cudownych weekendów, 12 wspaniałych miesięcy, 4 kolorowych pór roku oraz spełnienia marzeń w Nowym Roku!


Na dziś zaplanowałam luźniejszy post, obfitujący w zdjęcia. Na początek małe podsumowanie moich grudniowych treningów.


Powiem szczerze, że nie jestem zadowolona. Początek był nie najgorszy. Ćwiczyłam głównie na siłowni a treningi były dosyć konkretne. 12 grudnia skończył mi się jednak karnet i z racji tego, że zbliżały się święta, a zaraz po nich Sylwester i Nowy Rok zrezygnowałam tymczasowo z jego przedłużania. Byłam pewna, że nic to nie zmieni i będę regularnie ćwiczyła, ale w domu. Niestety moja silna wola zawiodła. Ćwiczyłam sporadycznie i raczej niezbyt intensywnie.

Oczywiście święta sprawiły, że pozwoliłam sobie na dużo więcej jeśli chodzi o jedzenie. Myślę, że nie tylko ja, bo w końcu święta to święta ;) Potem wyjazd do Wrocławia, podczas którego treningi też poszły w odstawkę. Co prawda codziennie miałam zapewnione kilkugodzinne spacery i kilka razy dziennie wchodzenie po schodach na 4 piętro, ale to nie to samo. Wczoraj wieczorem wróciłam do domu i najwyższa pora wziąć się za siebie. Koniec z obijaniem się :)

No właśnie - Wrocław. W grudniu nie obejrzałam żadnych fajnych filmów, nie przeczytałam w całości żadnej godnej polecenia książki, za to wybrałam się w fantastyczną podróż. Wrocław oczarował mnie od pierwszego wejrzenia. Piękna, zabytkowa architektura, wąskie brukowane uliczki, przepiękne dekoracje świąteczne i Ostrów Tumski, który jest tak cudowny, że aż oczy się świecą.

Spędziłam w tym mieście kilka niezapomnianych dni. Fantastyczny Sylwester, dobrze rozpoczęty Nowy Rok. Piękna pogoda, która nam dopisała, tylko zachęcała do zwiedzania. Przywiozłam ze sobą całą masę wspomnień i mnóstwo zdjęć.



Polowanie na krasnale musiało być :) To tylko kilka okazów, z całej kolekcji, którą udało nam się znaleźć.


Zakochałam się w tym mieście i na pewno kiedyś jeszcze tam wrócę :)

Kochani, dajcie koniecznie znać, jak minął wam grudzień, jak spędziliście Sylwestra, jak zaczął się dla was Nowy Rok.
35

Swati Ayurveda | Orzechowy peeling do twarzy i ciała

30 grudnia 2016 27
Swati Ayurveda | Orzechowy peeling do twarzy i ciała
Na początku dzisiejszego wpisu chciałabym wam serdecznie podziękować za wszystkie miłe słowa, które dostałam od was pod ostatnim postem. Bardzo się cieszę że rewolucja która się tu zadziała została odebrana pozytywnie. W końcu to dla was piszę, więc muszę dbać o waszą wygodę :)

Na dzisiaj przygotowałam dla was recenzję peelingu do twarzy i ciała Swati Ajurveda pochodzącego ze sklepu internetowego Bombaj Bazaar.


Od producenta:

Swati Ayurveda Peeling do twarzy i ciała orzechowy
Naturalny, lekki peeling do twarzy i ciała Swati Ayurveda o pięknym zapachu doskonale zadba o Twoją skórę.
Peeling stworzony na bazie łupin z orzecha idealnie złuszcza martwy naskórek i głęboko oczyszcza skórę.
Wyciąg z aloesu zadba o prawidłowe nawilżenie skóry, jak również zniweluje podrażnienia. Witamina E wzmocni naturalną barierę naskórkową co uchroni skórę przed złymi czynnikami zewnętrznymi. Peeling stosowany regularnie poprawi ukrwienie skóry, nawilży, uelastyczni i sprawi, że Twoja skóra stanie się po prostu piękniejsza.

Sposób użycia:
Delikatnie masuj fragment skóry z użyciem peelingu przez ok 5 minut, okrężnymi ruchami. Pozostaw na 10 minut po czym spłucz letnią wodą.

Skład:

Walnut, Neem, Aloe Vera, Wheat germ oil, Lemon oil, Manjistha

Cena: 29 zł/ 70g do kupienia w sklepie internetowym Bombay Bazaar 

Moja opinia:

Peeling znajduje się w metalowym słoiczku zamkniętym szczelnie pokrywką. Za pierwszym razem miałam problem z jego otwarciem. Kręciłam, kręciłam a tu nic. Dopiero po chwili zorientowałam się że pokrywkę należy pociągnąć do góry. Mówcie mi geniusz :p


Kiedy już w końcu mogłam zajrzeć do środka, moim oczom ukazała się rzecz niesłychana. A mianowicie foliowy woreczek. Byłam pewna że peeling ma postać proszku, który należy zmieszać z wodą i dlatego został tak zapakowany. Nic z tych rzeczy. Ma on tradycyjną kremową konsystencję. Nie powiem, w pierwszej chwili się zraziłam. No bo co ja mam niby z tym zrobić? Przełożyć zawartość torebki do słoiczka czy zostawić tak jak jest? Ostatecznie kosmetyk został w torebce ale ułożyłam ją w słoiczku w taki sposób, żeby nie było problemu z dostaniem się do peelingu.


Po tych przebojach z opakowaniem w końcu przyszła pora na pierwsze testy. Pierwszy zachwyt nastąpił kiedy tylko produkt znalazł się na mojej twarzy. Zachwycił mnie swoim delikatnym, jakby pudrowym, orzechowym zapachem. 

Zgodnie z zaleceniem producenta najpierw masowałam nim skórę (5 min to raczej nie trwało, no bo ile można ;)) a następnie pozostawiłam na jakieś 10 min. Peeling nie jest bardzo mocnym zdzierakiem. Owszem łupinki orzecha są wyczuwalne ale nie ma obaw, że zrobią naszej skórze krzywdę.

Po upływie zalecanego czasu zmyłam produkt z twarzy. I tu już pojawiła się prawdziwa euforia. Bo tak gładkiej i mięciutkiej cery nie miałam już dawno. Peeling fantastycznie ją oczyścił, dodał blasku i co mnie bardzo zaskoczyło, również nawilżył. Po jego użyciu stosowanie jakiegokolwiek kremu nie było konieczne. 

Podsumowując: Po początkowej niechęci wywołanej dosyć niefortunnym opakowaniem okazało się że ten foliowy woreczek kryje prawdziwe cudo kosmetyczne. Nie bez powodu mówią żeby nie oceniać książki po okładce (a kosmetyku po opakowaniu ;)). Z peelingu jestem bardzo zadowolona i jak tylko go skończę, a nastąpi to już niebawem, to na pewno skuszę się na kolejny słoiczek.


Na zakończenie chciałabym poinformować was, że przez kilka najbliższych dni będzie mała przerwa na blogu. Wynika to z tego, że za chwilę wsiadam do pociągu, który zawiezie mnie do Wrocławia. Zawsze chciałam zobaczyć to miasto ale odległość Białystok - Wrocław jakoś ciągle wydawała się zbyt duża. W tym roku jednak Sylwestra i Nowy Rok spędzę właśnie tam. W planach mamy babskie świętowanie :) Wracam 2 stycznia wieczorem ale po 8-godzinnej podróży prawdopodobnie będę marzyła tylko o własnym łóżku ;) 
Nie zamierzam was jednak zostawić na ten czas. Jeżeli chcecie wiedzieć co się u mnie dzieje zapraszam na mój profil na Instagramie oraz na Facebooka. Postaram się regularnie wrzucać zdjęcia z mojej wyprawy. 
27

Nowa odsłona bloga | w końcu jestem na swoim

28 grudnia 2016 68
Nowa odsłona bloga | w końcu jestem na swoim
Cześć kochani. Dzisiejszy post jest zwieńczeniem rewolucji, którą przeprowadziłam w ciągu kilku ostatnich dni. Zadziało się naprawdę dużo i myślę że większość zmian już zauważyliście. Zacznę jednak od początku. 


Moja przygoda z blogosferą zaczęła się już dosyć dawno. Niebawem minął 4 lata odkąd istnieje to miejsce. Miałam chwile zwątpienia, przerwy w pisaniu ale zawsze prędzej czy później wracałam. Po prostu brakowało mi tej mojej przystani a przede wszystkim Was, moich dobrych duszyczek, które zawsze służą radą i dobrym słowem. 

Przez te 4 lata bardzo dużo się zmieniło ale chyba najbardziej zmieniłam się ja sama. Zawsze byłam osobą bardzo nieśmiałą, która za wszelką cenę unikała konfrontacji. Teraz jestem świadomą kobietą, która jak chyba każdy ma jakieś kompleksy, ale nie przysłaniają one reszty świata. Umiem zawalczyć o swoje i jeśli trzeba tupnąć nogą. Może nie każdemu się to podoba ale jestem sobą i wiem, że osoby, które są dla mnie ważne potrafią to docenić. One wiedzą, że w głębi serca jestem ciągle delikatną i bardzo wrażliwą dziewczyną. Za to im z całego serducha dziękuję, bo tak naprawdę gdyby nie one to już dawno bym się poddała i zapomniała jaką radość daje samorealizacja i podążanie za własnymi marzeniami.

Wraz ze mną ewoluował też mój blog. Początkowo tylko kosmetyczny, z biegiem lat poszerzał swoją tematykę. Teraz mogę powiedzieć że bliżej mu raczej do tematyki lifestylowej niż typowo urodowej przystani. Jest różnorodnie, czyli tak jak lubię. Wciąż piszę o urodzie i kosmetykach ale znajdziecie tu też posty o zdrowym odżywianiu i aktywności fizycznej, trochę książek i filmów. Jednym słowem wszystko to co mnie interesuje.


Wraz z końcem tego roku podjęłam kilka ważnych decyzji. Przede wszystkim zdecydowałam się na przeniesienie bloga na własną domenę. Od dziś jestem już na swoim czego dowodem jest nowy adres bloga w-sekrecie.pl Nie musicie się o nic martwić. Ustawiłam przekierowanie dzięki któremu nawet jeśli wpiszecie w wyszukiwarkę stary adres to traficie tutaj. Myślę jednak, że nowy jest na tyle krótki i łatwy do zapamiętania, że szybko się do niego przyzwyczaicie.

Zmianie uległ też szablon. Tym razem postanowiłam nie cudować sama, bo z moim antytalentem technicznym raczej nic dobrego z tego nie wychodziło, a powierzyłam moje blogowe dziecko profesjonalistce. Wszystko co widzicie jest dziełem wspaniałej Karoliny, autorki takich blogów jak Pasje Karoliny czy Karografia. To ona z ogromną cierpliwością wysłuchiwała moich zachcianek a potem wprowadzała kolejne wymyślane przeze mnie zmiany. Oj wymęczyłam ją swoim marudzeniem, ale mimo to do końca służyła mi dobrą radą i profesjonalnym spojrzeniem na każdy nawet najmniejszy detal. Karolinko dziękuję Ci ślicznie za to wszystko co dla mnie zrobiłaś :* W końcu czuję, że jestem u siebie.

Mam nadzieję że wam również nowy szablon przypadnie do gustu. Chciałam żeby było jak najbardziej czytelnie i przejrzyście aby nikt nie miał problemu ze znalezieniem interesujących go treści. Dajcie znać czy udało mi się osiągnąć zamierzony efekt.
Na koniec jeszcze jedna informacja. Zmieniły się również nazwy moich profili na Facebooku oraz Instagramie. Oba będą teraz spójne z nazwą bloga więc myślę że nie będzie żadnego problemu z przypisaniem ich do tego miejsca.
Od dzisiaj przestałam być także Mirabelką a zaczynam pisać do was po prostu jako Magda. Chociaż nazwa bloga - W sekrecie - wskazuje na anonimowość to uznałam że czas najwyższy przestać się ukrywać pod pseudonimem, który tak naprawdę nie miał dla mnie żadnego znaczenia.
Zaczynam nowy rozdział i mam nadzieję że będziecie mi towarzyszyć.
68
Copyright © 2016 W-SEKRECIE.PL